Big Book Festival już za nami. Od piątku do niedzieli (12-14.06) w centrum Warszawy na ul. Hożej 51 (i w miejscach satelickich) można było poczuć pasję czytania. Nie będę jednak twierdzić, że to dowód na to, że "czytelnictwo ma się dobrze" bo znam statystyki...
Moja relacja nie będzie pełna, a raczej dziurawa, bo byłam tam jako wolontariuszka. Dało mi to możliwość poznania ciekawych osób (cześć, dziewczyny) i spotkania się ze "starymi znajomymi" z poprzedniej edycji.
Tegoroczny Big Book Festival miał nieco inną formułę. Zamiast różnych wydarzeń rozsianych po Warszawie i w iwaszkiewiczowskim Stawisku, tym razem wszystko odbywało się w jednym miejscu - na ul. Hożej 51, w budynkach pofabrycznych. Miało to swój klimat, zarówno na podwórzu jak i we wnętrzach, chociaż niestety przez to festiwal stał się mniejszy i mniej dostępny. Jednak brakowało mi tego festiwalowego "zwiedzania" Warszawy i wychodzenia do przypadkowych osób (np. na Dworcu Śródmieście, przy schodach ruchomych koło Trasy W-Z). Festiwal był blisko Dworca Centralnego, ale by na niego trafić trzeba było wiedzieć gdzie się odbywa.
Hasłem trzeciej edycji było Człowiek nie pies i czytać musi. Podwórze zostało ozdobione m.in. zdjęciami (polskich) autorów i ich psów. W programie były wywiady i warsztaty pisarskie z autorami, warsztaty kulinarne (dla ludzi) i spektakl. Nie było żadnych punktów programu bardziej związanych z psami. Jak co roku były też: bicie rekordu czytania w pasażu Wiecha oraz festiwalowe spacery po Warszawie.